ŚWIDNIK · MEŁGIEW · PIASKI · TRAWNIKI        GAZETA BEZPŁATNA

piątek 20 września 2019, Imieniny obchodzą: Renata, Filipina
  • Strona główna
  • Zasięg
  • Redakcja
  • Reklama
  • Napisz do nas
  • Archiwum
  • Coś więcej niż rytm

    Od samego początku tworzył zespół ComeYah, który zaliczył niedawno jeden z najbardziej spektakularnych debiutów na polskiej scenie reggae. Gdy w grupie zaszły zmiany – dzielnie walczył o stworzenie nowej drogi tego lubelskiego składu. Obecnie grupa pracuje nad nowym materiałem pod nazwą aYarise. Udało nam się porozmawiać z Łukaszem „Gabrielem” Poździkiem – muzykiem, operatorem kamery, fotografem i animatorem kultury ze Świdnika.

    Anna Daniło: Łukasz czy raczej Gabriel?
    Łukasz Poździk: Łukasz. Ksywa „Gabriel” pojawiła się w szkole średniej, z powodu ogromnej ilości  Łukaszów w moim środowisku. Przyczyną były długie, rozpuszczone włosy i ubiór z epoki chrystusowej, więc i skojarzenie dosyć proste.
    Jak zaczęła się Twoja przygoda z muzyką, granie na scenie było marzeniem z dzieciństwa czy może pojawiło się znacznie później?
    – Od zawsze chciałem grać na gitarze i męczyłem rodziców, żeby kupili mi mały, dostosowany do wieku instrument. Niestety czasy były bardzo trudne, na dodatek sklepy świeciły pustkami, więc musiałem poczekać, aż nastąpi ten przepiękny dzień i dostanę swoje wymarzone „wiosło”. Zacząłem grać w wieku 15 lat. Dopiero wtedy pojawiły się pierwsze zespoły i występy. W liceum poznałem wielu ciekawych ludzi, z którymi tworzyliśmy muzyczny ferment.
    Masz wykształcenie muzyczne, czy może jesteś „samoukiem”?
    – Wykształcenia muzycznego jako takiego nie mam, ale przez kilka lat uczęszczałem do Świdnickiego Towarzystwa Muzycznego i tam poznałem wybitnego pedagoga śp. Jerzego Oleszczuka. To on zaraził mnie jazzem, a ja zaraziłem go reggae. Najważniejsze czego mnie nauczył to swobodna improwizacja, bez nut i zbędnych zahamowań. To jest dla mnie najcenniejsze, ponieważ bardzo często szkoła muzyczna kształci ludzi, którzy potrafią odtwarzać muzykę, a nie potrafią jej tworzyć. Przyczyna jest prosta: akademickie ramy i pośpiech, aby zdążyć z realizacją założonego planu. Zapominając o najważniejszym: emocjach i improwizacji.
    Zespół ComeYah powstał w 2007 roku, jak to się stało, że się w nim znalazłeś?
    – Na pomysł założenia zespołu wpadł Damian Skoczylas aka Syjon Fam. Znaliśmy się ze spotkań bębniarskich, tam pierwszy raz spotkały się nasze muzyczne światy. Od razu wiedziałem, że Damian ma wielki talent, ale nie spodziewałem się, że zaprosi mnie do współpracy. Pierwszą próbę odbyliśmy we dwóch w warsztacie samochodowym. Potem nastąpiły długie poszukiwania reszty składu. Pierwszym perkusistą był Daniel Chyżewski, klawiszowcem – Grzegorz Harcej, bądź co bądź obaj ze Świdnika.
    Największy problem mieliśmy ze znalezieniem basisty. Bas to przecież tak istotny instrument w muzyce reggae. Musiał być to człowiek mocno osłuchany w tej stylistyce, żeby dać radę. Nie było łatwo, ale udało się. Jak wspominał po jakimś czasie Tomek Klisz (basista ComeYah, obecnie aYarise) wychodząc zrezygnowany z pierwszej próby z myślami raczej „na nie”, usłyszał na koniec naszą swobodną improwizację wokalną i postanowił zostać. Tomek ściągnął Huzarka, gitarzystę rytmicznego, a potem to już się potoczyło Przy perkusji zasiadł wtedy bardzo młody, ale równie utalentowany perkusista Jarek Dyś aka Dubrising, a stery za drugimi klawiszami zajął Piotr Kiliański aka Pedro Kiliano. Po pewnym czasie Grzegorz Harcej zrezygnował z zespołu, a jego miejsce zajął Emil Tarnowski.
    Niedługo po wydaniu waszej debiutanckiej płyty z ComeYah odszedł frontman i postanowiliście zakończyć działalność pod tym szyldem. Grupa przekształciła się w aYarise organizując wcześniej casting na nowych wokalistów, co się zmieniło?
    – Zmieniło się wiele, chociaż puls i chęć grania roots pozostał w zespole. Przeżyliśmy ciężkie chwile i przyznam obawiałem się, że się rozpadniemy. Otrzymaliśmy mnóstwo zgłoszeń, ale niestety nikt do nas nie pasował. Wtedy przyszedł moment kiedy nasza menedżerka Alicja Perkowska zaprosiła na próbę bardzo znanego nawijacza Diego ze Zjednoczenia Sound System. Odbyła się próba i Diego stwierdził, że zna takiego młodego wokalistę z Warszawy – Artura, który by do nas pasował. Ricky zadzwonił, Artur przyjechał i został. Artaman, bo taki ma pseudonim  artystyczny, to bardzo wrażliwy artysta i mimo młodego wieku posiada spore doświadczenie sceniczne.

    Jako aYarise braliście udział w konkursie Czwórki i Reggae Festiwalu w Ostródzie, czy dało to Wam jakieś nowe możliwości, otworzyło drogi?
    – Myślę, że tak, chociaż nie dostaliśmy się do finału. Zaproponowano nam koncert poza konkursem, ale nie zdecydowaliśmy się go zagrać. Na forum rozpoczęła się spora dyskusja wokół naszego zespołu i wiele osób było zaskoczonych, że nie zakwalifikowano nas do głównego konkursu. Dzięki temu wiele nowych osób dowiedziało się o naszym nowym projekcie jakim jest aYarise.
    Dajecie wiele koncertów, support’ujecie koncerty ważnych zespołów na scenie reggae, niedawno graliście chociażby przed jamajskim Pentateuch’em. Które występy były dla Ciebie najważniejsze?
    – Trasa z Pentateuch to była magia, do tej pory wydaje mi się, że śnię (śmiech). Tak poważnie to dzięki chłopakom z Pentateuch przekonałem się, że roots to moja droga. Dla chłopaków muzyka to życie, a życie to muzyka. Myślę, że to były najważniejsze koncerty w moim życiu.
    Najbliższe plany i marzenia zespołowe to?
    – Nowa płyta i w przyszłym roku zaliczamy wszystkie polskie festiwale. Oprócz tego planujemy sporo koncertów jesienią, między innymi w Lublinie, Krakowie, Andrychowie, Nowym Sączu i o ile się uda – w Świdniku. Płyta aYarise, mam nadzieje, ukaże się w jesienią 2014 roku.
    A jakieś cele, które zakładacie sobie na przyszłość, jako zespół?
    – Jak mierzyć to bardzo wysoko. Bardzo mocno wierzę w to, że osiągniemy sukces europejski, ponieważ gramy teraz po angielsku, a Artur ma przepiękny głos, który brzmi naprawdę światowo. Po prostu wydajemy płytę i gramy koncerty na całym świecie.
    Tego oczywiście Wam życzę. W takim razie powiedz jakimi muzykami najczęściej się inspirujesz?
    – Dobrymi! (śmiech) Słucham wszystkiego, co powoduje dreszcze na mojej skórze. Od jazzu, swingu, soulu przez etniczne dźwięki, do elektronicznych inspiracji. Nie chciałbym wymieniać konkretnych artystów.
    Co daje Ci tworzenie i wykonywaniu muzyki, co jest najważniejsze we wspólnym graniu?
    – Tworzenie to dla mnie tlen, a bez tlenu nie ma życia. Najpierw wspólnota, a potem muzyka. Wszyscy się przyjaźnimy i świetnie dogadujemy. Kiedyś Syjon napisał takie bardzo mądre słowa o ComeYah, że „siedem równa się jeden”. Tak naprawdę, żeby robić tak prostą, a zarazem tak trudną muzykę jaką jest reggae potrzebna jest wspólnota, bo tylko wtedy powstanie z tych dźwięków coś więcej niż tylko prosty rytm.
    Chyba najważniejsze pytanie – jak Ci się pracuje w starym-nowym składzie?
    – Świetnie. Artur jest młody, ale bardzo wrażliwy i bardzo utalentowany. Przyjeżdża raz w tygodniu z Warszawy do Lublina, co jest ogromnym poświęceniem i czujemy, że bardzo mu zależy. Reszta muzyków to stara gwardia, którą większość poznała pod szyldem ComeYah. Powiem krótko i na temat: to są moi bracia!
    W takim razie życzę, żeby ta rodzina trwała jak najdłużej i tworzyła dalej tak dobre utwory jak do tej pory.

    Rozmawiała Anna Daniło