ŚWIDNIK · MEŁGIEW · PIASKI · TRAWNIKI        GAZETA BEZPŁATNA

czwartek 14 listopada 2019, Imieniny obchodzą: Laura, Emil
  • Strona główna
  • Zasięg
  • Redakcja
  • Reklama
  • Napisz do nas
  • Archiwum
  • Czerpać nieprzerwaną radość z tańca i śpiewu

    Do rozmowy z cyklu „Ludzie z pasją” zaprosiliśmy dzisiaj z Beatę i Lecha Leszczyńskich. Lech Leszczyński – instruktor tańca ludowego, od urodzenia związany z Zespołem Tańca Ludowego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Był tancerzem, solistą, instruktorem-choreografem, muzykiem, a od 2007 roku jest jego dyrektorem, kierownikiem artystycznym i choreografem. W roku szkolnym 1983/84 zorganizował Zespół Tańca Ludowego „Leszczyniacy” w Świdniku, którego jest kierownikiem artystycznym i choreografem. 

     

    Fot. Materiały Beaty i Lecha Leszczyńskich

     

    Za swoje zasługi Lech Leszczyński został wyróżniony m.in. Złotym Krzyżem Zasługi, Medalem Komisji Edukacji Narodowej, Medalem „Gloria Artis” Złotym Medalem „Zasłużony dla Kultury Polskiej”, Medalem „Serce dla Serc”, Medalem Prezydenta Miasta Lublina, Honorową Odznaką „Zasłużony dla Lubelszczyzny”, Złotą Odznaką Towarzystwa Łączności z Polonią Zagraniczną „Polonia”, Medalem Wojewody Województwa Lubelskiego, odznaczeniem „Amicus Civitatis – Przyjaciel Miasta Świdnika”.

    Pracuje wspólnie ze swoją żoną Beatą, która jest muzykiem i nauczycielem śpiewu.

     

    Jak zaczęła się Państwa przygoda z muzyką, tańcem, śpiewem?

    Lech Leszczyński: W zasadzie wszystkiego uczyłem się od przedszkola. Moi rodzice zabierali mnie na zgrupowania, obozy związane z Zespołem Tańca Ludowego UMCS, który był ich pasją. Mogę powiedzieć, że śpiew i taniec były na porządku dziennym. Myślę, że wychowując się w takiej atmosferze niejako w naturalny sposób  przejąłem  tę pasję. W liceum byłem w zespole „Hanka”. Równocześnie tańczyłem w Zespole Tańca Ludowego UMCS. W zespole tym byłem tancerzem, solistą, instruktorem-choreografem i muzykiem. W miarę upływu lat zostałem jego dyrektorem, kierownikiem artystycznym i choreografem. W 1984 roku założyłem Zespół Tańca Ludowego w Świdniku. Na początku był to zespół dziecięcy, z czasem przekształcił się w zespół, w którym byli także dorośli. Nazwę „Leszczyniacy” wybrali sami członkowie zespołu. Pomysłodawcą nazwy był nieżyjący już  Sławomir Myk. 

     

    Podczas koncertów zawsze można spotkać Pana z żoną.

    LL: W Zespole Tańca Ludowego  UMCS poznałem moja żonę Beatę, która jest świetnym muzykiem i nauczycielem śpiewu. Beata ukończyła studia muzyczne i  podyplomowe z emisji głosu. Razem pracujemy, razem prowadzimy „Leszczyniaków”.  W ZTL UMCS żona jest nauczycielem śpiewu i muzykiem. Wspieramy się z  nawzajem. Mamy trzech synów, którzy także są muzykami i mają przygotowanie taneczne. Najstarszy syn poszedł w stronę muzyczną. Gra w „Leszczyniakach” i w ZTL UMCS, ma swój zespół „Neoklez”. Gra z „Chonabibe”, „Dziadami Kazimierskimi”, z „Góralem”. Także komponuje i bardzo dobrze mu to wychodzi.

     

    Jak rozwijała się Pani pasja artystyczna?

    Beata Leszczyńska:  Nie miałam tradycji artystycznych  w swojej rodzinie. Mój tato miał artystyczną duszę. Grał na skrzypcach, pięknie śpiewał. Dzięki ojcu ja zaczęłam grać.

    Studia muzyczne. Później ZTL UMCS i dalej wydarzenia niejako potoczyły się swoim wartkim biegiem rozwijającej się pasji.

     

     

    W latach siedemdziesiątych  młodzież miała inne nastawienie do folkloru.  Miała realny kontakt z nim w swoich środowiskach. W obecnych czasach to trochę się zmieniło. Czy jest potrzeba zmiany sposobu  popularyzowania folkloru?

    LL: Dużo zmieniło się od tamtego czasu. Pamiętam zabawy wiejskie, na których występowała kapela grająca polki, oberki. Co więcej, ludzie potrafili to zatańczyć i mieli z tego radość zabawy. W dzisiejszych czasach taka forma upowszechniania folkloru stała się nierealna. My, poprzez swoją działalność, chcemy zachować polska kulturę po to,  by młodzi ludzie pamiętali o swojej tożsamości i potrafili ją przekazać następnym  pokoleniom. Staramy się poszerzać naszą działalność w zespołach. Chcemy pokazywać folklor z różnej strony, łączyć  go z różnymi formami muzyki, które są obecnie popularne. Innymi słowy, chcemy go popularyzować.

     

    Wielki świat, podróże, występy, ale przy tym nie zaniedbujecie  mniejszych miast, takich jak Świdnik.

    LL: Nie odmawiamy zaproszeń na koncerty i staramy się dotrzeć do wszystkich. Nie ma dla nas znaczenia wielkość miejscowości. Poprzez taniec, śpiew dajemy innym wzorce, staramy się przekazać naszą polską tradycję. To dla nas ważne.

     

    W podróżach zagranicznych spotykacie się z różnymi środowiskami polonijnymi. Jak one podchodzą do spraw folkloru, tradycji? Czy jest różnica pomiędzy klimatami takich koncertów za granicą a koncertami w kraju?

    BL: Zwiedziliśmy już 5 kontynentów. Przykładowo „Leszczyniacy”  byli już na 70 wyjazdach  w 22 krajach świata. To też jest pewnego rodzaju osiągnięcie. Niewiele zespołów może pochwalić się takimi wynikami. Co do klimatów koncertów to myślę, że ludzie za granicą z polskimi korzeniami potrzebują polskości. Jest w nich ta tęsknota za ojczyzną. Często rozmawiają z nami, pytają o kraj. W kraju z takimi występami folklorystycznymi bywa różnie. Część społeczeństwa nie docenia tego. Szkoły nie uczą tych pięknych wartości na odpowiednim poziomie. A przecież nie  mamy się czego wstydzić, jeśli chodzi o naszą kulturę i tradycje narodowe.

     LL: Dodam, że mój ojciec utworzył Studium Folklorystyczne dla Instruktorów Zespołów Polonijnych w Lublinie. Przyjeżdżali do niego instruktorzy z całego świata. Niestety od 2012 studium to przestało funkcjonować z powodu braku finansów na jego prowadzenie. Dla uczestników zajęcia w studium  prowadzone pod szyldem UMCS były nobilitacją. Była to też duża promocja dla miasta i regionu. Szkoda, że już to nie istnieje.

     

     

    Umiejętności taneczne, zwłaszcza jeśli chodzi o tańce narodowe, nie są chyba mocną stroną obecnego pokolenia Polaków?

    LL: Na przykładzie Węgrów powiem, że nie wyobrażam sobie wykształconego Węgra, który nie znałby czardasza. U nas z naszymi tańcami narodowymi jest różnie. Dobitnie widać to na studniówkach, kiedy młodzież kaleczy ten podstawowy krok poloneza, który zresztą nie jest najłatwiejszym tańcem. Posiadamy pięć tańców narodowych. Mamy niesamowitą różnorodność kostiumów. Mamy niesamowitą różnorodność regionów i podregionów, gdzie te kostiumy są przepiękne. Podobnie rzecz się ma z różnorodnością melodii i śpiewów. To nasze olbrzymie bogactwo. Jak Polska była pod zaborami, w zaborze rosyjskim nie można było pisać, czy mówić po polsku. Ukaz carski za to nie zabraniał śpiewu w języku polskim. Przez ten śpiew, w znacznym stopniu,  przekazała się i przetrwała nasza kultura i tradycja.  O tym też warto pamiętać.

     

    Jaki jest sposób na to, abyśmy nie zapomnieli o naszej tradycji i kulturze?

    LL: Myślę, że w szkołach powinien być kładziony większy nacisk na działania służące podtrzymaniu naszej tradycji narodowej i kultury. W czasach międzywojennych dobrze wychowany człowiek musiał umieć grać na instrumencie oraz tańczyć. Tego uczono w szkole średniej. W dzisiejszych czasach jest to trudne do osiągnięcia. Zlikwidowanie, swego czasu, zajęć muzycznych w szkole było, moim zdaniem, największym błędem. Dzisiaj młodzież nie umie śpiewać, bo się jej nie uczy. Co więcej, boi się śpiewać, ponieważ nikt jej nie uczył śpiewać. Tworzy się takie zamknięte koło. Śpiew jest równie ważny w polskim folklorze podobnie, jak taniec. Pamiętajmy, że w polskiej, przedwojennej kulturze w zasadzie funkcjonowały tylko zespoły tańca ludowego. Nie  było zespołów pieśni i tańca, które powinny mieć chór i zespół taneczny. Dawniej, moim zdaniem, nauczycielki w przedszkolu były lepiej wykształcone. Miały ukończone licea pedagogiczne, potrafiły grać na instrumentach, potrafiły śpiewać i nauczyć podstawowych tańców polskich np. poloneza, krakowiaka. W szkole podstawowej mój ojciec założył zespół, czyli można rzec, że także realizował przez to program wychowania fizycznego. Mało kto pamięta, że do dziś taniec jest w programie wychowania fizycznego. Nie jest to realizowane, bo wymagałoby to i akompaniamentu i umiejętności tanecznych nauczyciela.

    Udział młodzieży w zespole pozwala jej zapewne na oderwanie się od codziennej techniki typu komórka czy komputer, która to technika tak mocno ogranicza bezpośrednie relacje pomiędzy ludźmi. 

    BL: Gdy dzieci przychodzą do nas na zajęcia to pierwszą z rzeczy, którą egzekwujemy jest wyłączenie telefonów komórkowych. Rodzice nie dostrzegają zagrożeń płynących z oddalania się od innych ludzi, jeśli do kontaktów z innymi wykorzystuje się tylko urządzenia zapominając o kontaktach bezpośrednich. W jakiejś części wynika to z braku czasu rodziców, którzy mogliby poświęcić go swojemu dziecku. Z drugiej strony nadopiekuńczość rodziców jest czasem tak wielka, że dzieci stają się w pewnym sensie kalekami, jeśli chodzi o kontakty z innymi ludźmi. Co więcej, często młode osoby nie potrafią słuchać ze zrozumieniem.

     

    Czy uczestnictwo w zespole może być pewną szkołą życia dla młodego człowieka?

    BL: Ależ tak. Zespół jest szkołą życia. Poza ćwiczeniem młodzi muszą się nauczyć jak się zachować, jak ubrać odpowiednio do różnych sytuacji. Na przykład w ubiegłym roku będąc na wyjeździe byliśmy z wizytą u ambasadora i mieliśmy spotkanie z księciem Luksemburga. To są takie sytuacje, w których trzeba umieć się zachować. Staramy się także na wyjazdach, aby młodzież jak najwięcej dowiedziała się o miejscach, w których przebywamy. Dzieci, które przychodzą do zespołu, uczą się polskiej kultury, ale też historii i kultury innych państw. 

     

    W jakimś sensie  Państwa praca z młodymi ludźmi jest uzupełnieniem tego, co robi szkoła, robią rodzice dla ich wychowania i rozwoju.

    BL: Największą satysfakcją z pracy z dziećmi i młodzieżą dla nas jest, to kiedy widzimy jak oni dorastają, zmieniają się. Widzimy wtedy efekty naszej pracy. Nie robimy żadnych egzaminów wstępnych do zespołu, bo uważamy, że każdy ma prawo do nauczenia się naszej polskiej kultury i tych wartości, które ona niesie. Są osoby o różnych umiejętnościach. Mieliśmy nawet osoby niepełnosprawne w zespole. Chcemy dawać szansę rozwoju każdemu, kto do nas przychodzi. Olbrzymia satysfakcją jest możliwość obserwowania zmian, jakie zachodzą w naszych podopiecznych. Z czasem zauważamy jak wśród naszej młodzieży  oprócz rozwoju umiejętności tanecznych, wokalnych rozwija się smak, poczucie estetyki i piękna.

     

    Wychowankowie dorośli i sami stali się wychowawcami kolejnych pokoleń młodych ludzi w swoich środowiskach.

    LL: Nasi wychowankowie z ZTL UMCS prowadzą około 40 zespołów w całej Polsce. 

    Co ważne nasi byli podopieczni występują w Mazowszu, czy też w  innych znanych zespołach. To nas cieszy. Myślę, że to dobrze świadczy o naszej pracy. Dobrze, że chcą kontynuować tę pasję. Dla nas istotne jest także to, że nie zrywają z nami kontaktu.

     

    Nawet przy zaplanowanych działaniach zapewne czasem zachodzą spontaniczne sytuacje.

    BL: Naturalnie. Ostatnio utworzyliśmy w „Leszczyniakach”  grupę złożoną z rodziców dzieci z zespołu. Wiązało się to z jubileuszem zespołu. Grupa ćwiczyła, wystąpiła i ku  naszemu zaskoczeniu, grupa dalej chce przychodzić na zajęcia i chce występować. Okazało się, że trafiliśmy w pewną niszę, która została wykorzystana przez nas z pożytkiem dla wszystkich.

    To ciekawa sytuacja, bo myślę, że osoby dorosłe w dzisiejszych czasach raczej  trudno  przekonać do podejmowania działań dodatkowych poza pracą czy poza codziennymi obowiązkami.

     

    Jednym z wyróżników Państwa działań są akcje charytatywne.

    LL: To prawda. To też jest taka nasza tradycja. Staramy się wspierać różnego rodzaju działania charytatywne. Sami także je podejmujemy. Przykładowo wspomnę o tym, że podejmowaliśmy takie działania w przypadku pomysłu budowy DPS w Kazimierzówce. Były charytatywne koncerty, zbiórki funduszy,  nawiązywanie osobistych kontaktów  z wieloma osobami, mające na celu pomoc w pomyślnej  realizacji tego projektu.

     

    Praca, praca, praca. Co z innymi zainteresowaniami?

    BL: Tego wolnego czasu jest bardzo mało. W domu rozmawiamy na różne tematy, ale nie da się uniknąć tego, aby nie porozmawiać o próbach. Najbardziej tęsknię za czasem w domu i poświęcenie się rodzinie.

    LL: Staramy się spotykać z rodziną. Zawsze lubiłem słuchać muzyki poza disco polo (uśmiech). Uwielbiam muzykę rokową. Ostatnio namawiam żonę na różne koncerty. Staramy się znaleźć czas na to, aby wybierać się na takie koncerty.

     

    Jakie mają Państwo marzenia?

    BL: W zasadzie myślę, że nie możemy narzekać na nasze życie, które jest bogate w różnorodne wydarzenia. Cieszymy się, że udało nam się wychować nasze dzieci na wartościowych ludzi. To jest dla nas sukces. Sukcesem jest dla nas nasza praca. Może  troszkę więcej czasu dla siebie, dla rodziny To takie skromne marzenie.

    LL: Chciałbym, aby te zespoły dalej się rozrastały, aby miały zapewnioną możliwość działania. Nie ukrywam, że cieszyłbym się, gdyby nasi synowie podjęli dzieło kontynuowania tego, co my robimy, kontynuowania tego, co kiedyś robił mój ojciec. Myślę, że są w pełni do tego przygotowania. Pozostaje wymarzyć sobie to, aby to było ich pasją.

    Dziękuję za rozmowę.
    Andrzej Wiśnioch